Pokonać Morze

ToConquerTheSea-okladkaPierwsze obudziło się ciało. Powieki rozwarły się nagle, choć przecież umysł spał jeszcze, nie starając się dociekać, gdzie jest ani dlaczego. Kończyny drgnęły, kręgosłup wygiął się w delikatny łuk, próbując rozruszać zaspane mięśnie. Dopiero wtedy w głowie pojawiły się myśli. Jestem Andreas. I jestem… gdzie ja jestem? Ciężko było rozdzielić jawę od snu, przywołać ostatnie wspomnienie sprzed ciemności – bo może to były tylko majaki trawionego gorączką umysłu? W uszach wciąż brzmiał głuchy warkot, a potem równie głuchy trzask zaciętego pistoletu. Błyszczały w pamięci dziwne, żółte oczy.

Andreas spróbował wstać, wsparł się na dłoni i syknął. Ból przedramienia zdawał się realny, wypierał rzeczywistość, zastępował ją. I potwierdzał przypuszczenia, że ostatnie obrazy nie pochodziły ze snu. Mężczyzna rozejrzał się wokół – improwizowane obozowisko było puste, ale zraniona ręka została fachowo opatrzona.

– Obudziłeś się wreszcie.

Andreas aż podskoczył, obejrzał się. Za jego plecami stał nieznajomy – ubranie miał znoszone i przybrudzone, ale wyglądało na dobrej jakości. Również rozłożony nieopodal ekwipunek sprawiał wrażenie starannie dobranego.

– Wydaje mi się, że zawdzięczam ci życie – odezwał się wreszcie, zerkając na zabandażowaną dłoń.

Nieznajomy wzruszył ramionami.

– Byłem w pobliżu – powiedział takim tonem, jakby ratowanie obcych przed śmiercią było najbardziej oczywistym i naturalnym zachowaniem pod słońcem. A przecież nie było, nigdy nie było, nawet przed tym, zanim świat zmienił się nieodwracalnie. Nieznajomy wskazał na wiszącą przy pasie miniaturową kuszę. – To lepsza broń na Pustkowia, do palnej piasek się dostanie albo co i już nie wystrzeli. No i o amunicję trudno.

Andreas kiwnął głową, lekko zmieszany.

– To moja pierwsza podróż – wyznał. – Wziąłem, co mieliśmy najlepszego i co mogło się przydać…

– Dokąd…?

– Do Pel. Nad Morze.

Nieznajomy pokiwał głową, nie skomentował. Wiedział, że prędzej czy później w człowieku budzi się ciekawość. Albo desperacja.

– Nie, to nie tak! – zaprzeczył żywo Andreas, jakby wiedział, o czym myśli jego rozmówca. – Ja chcę je tylko zobaczyć.

– Zobaczyć? – pytaniu towarzyszyło uniesienie brwi.

– Jestem naukowcem. Tak jakby. – Wzruszył ramionami. Nie widział powodu, by tłumaczyć się nieznajomemu z własnych badań, czysto teoretycznych zresztą.

Mężczyzna przyjrzał mu się uważnie, jakby szukał czegoś w młodej, pokrytej pustynnym pyłem twarzy. Odpowiedzi? Wskazówek? Cisza się przedłużała, Andreas drgnął niespokojnie, czując się niepewnie pod badawczym spojrzeniem. Wydawało mu się, że jest poddawany testowi, od którego wyniku zależy bardzo wiele.

– Nazywam się Elliot Branch. – Przyklęknął przy posłaniu, wyciągnął rękę. – Jeśli chcesz, zabiorę cię do Pel. A potem… potem może jeszcze gdzieś.

– Andreas Zahman – odparł, ściskając podaną dłoń. – Ot tak, po prostu?

Elliot wstał, odwrócił się i zaczął zbierać ekwipunek.

– Skoro już zdecydowałem się uratować ci życie, powinienem dopilnować, byś go nie stracił, jak tylko wstaniesz – w głosie słychać było delikatną drwinę, jakby mężczyzna chciał w ten sposób ukryć inne powody. – Poza tym… – Zerknął przez ramię na Andreasa, na chudej twarzy odbił się żal, w ciemnych oczach zabłysnął na moment smutek. – Rzadko teraz widuje się naukowców. Bardzo rzadko.

­– Za rzadko – szepnął Andreas.

A potem wstał, by pomóc Elliotowi spakować resztę rzeczy.

*

         „Pustkowia wszędzie wyglądają tak samo” – pomyślał Andreas rozczarowany. Miał nadzieję, że wraz ze zbliżaniem się do Morza zmieni się krajobraz, może pojawi się piasek albo bryza niosąca wilgoć – tak, jak czytał w książkach. Jednakże skały i szary pył wciąż otaczały go ze wszystkich stron. Czasem Andreas zastanawiał się, jak Elliotowi udaje się odnaleźć drogę, skoro ani razu nie sprawdza map, nie zerka na kompas, mimo że wszystko wokół wygląda tak samo. Przez chwilę myślał, że może jego towarzysz wcale nie zna drogi, idzie przed siebie albo nawet że nie prowadzi Andreasa do Pel, tylko w zupełnie inne miejsce. Może podróżowanie z nowo poznanym mężczyzną nie było więc dobrym pomysłem?

Wspomnienie zębów wbitych w przedramię, które wciąż jeszcze rwało, odpędziło podobne myśli. „Gdyby nie Elliot, już bym nie żył” – przemknęło mu przez głowę. Tak naprawdę nie miał powodów, by nie ufać towarzyszowi, a spotkanie z dzikimi psami uświadomiło Andreasowi, jak niewielkie miał szanse dotrzeć do Pel samotnie.

– Jak tam jest? – zapytał w końcu, gdy cisza i wątpliwości zaczęły mu ciążyć.

– W Pel? Tak samo jak wszędzie. Trochę rozsądnych ludzi, trochę kombinatorów, kilku zgrzybiałych staruszków, którzy pamiętają jeszcze Przed. Mnóstwo popaprańców religijnych, zwykłych zresztą też – mówił z lekką drwiną w głosie. – Samobójców pewnie nieco więcej niż lokalna średnia.

– Samobójców?

– No tych, co do Morza – wyjaśnił niechętnie.

Andreas uśmiechnął się lekko.

– Więc nie wierzysz?

– To tylko zabobony – obruszył się Elliot. – Typowo ludzkie pragnienie, by nadać znajomy kształt, zwyczajne imię czemuś, czego człowiek nie rozumie. Kiedyś, gdy piorun uderzał w drzewo, ludzie nazywali to interwencją boską, nadawali żywiołom wymyślne imiona, obdarzali osobowością. – Mężczyzna przerwał tyradę i zerknął badawczo na towarzysza. – A ty? Wierzysz?

– Ja chcę zrozumieć. Po to idę nad Morze – wyjaśnił. – Nie wydaje mi się, by było w tym coś więcej, ale… tylu rzeczy nie rozumiemy – westchnął. – Nie szukam łatwych rozwiązań i nie będę się modlił do deszczu tylko dlatego, że spadł akurat wtedy, gdy go potrzebowałem.

Elliot zaśmiał się, wyraźnie rozbawiony przykładem.

– Gdyby tak było, musiałbyś modlić się też do mnie – zachichotał szaleńczo, a Andreas zawtórował mu.

Żaden z nich nie usłyszał cichego chrzęstu kamieni, który poprzedził atak.

Andreas poczuł tylko cios w plecy i już po chwili leżał w pyle, na wpół zamroczony. Słyszał szybkie kroki, kilka ciosów, czyjeś sapnięcie, gdy pięść najwyraźniej trafiła w przeponę. Potem był łomot i znów chrzęst kamieni, przyspieszone oddechy. Podniósł się powoli, plując piaskiem i usiłując nie stracić równowagi. Nieopodal dostrzegł Elliota, tarzającego się w pyle z kobietą, która mimo drobniejszej postury zdawała się wygrywać. Walczący przetoczyli się po ziemi kolejny raz, napastniczka znalazła się na górze. Przyciskając ramiona Elliota do podłoża, próbowała… dosięgnąć go zębami. Andreas schylił się, podniósł kamień, a potem podbiegł do walczących. Zamarł na chwilę, gdy w rozwartych ustach kobiety zobaczył rząd ostrych igieł. A potem, nawet nie celując, uderzył. Głowa napastniczki poleciała w bok i chwilę później Elliot zrzucał z siebie jej bezwładne ciało.

– Niezły cios – mruknął z uznaniem, zbierając się z ziemi.

Odpiął kuszę i obejrzał ją uważnie, poprawiając niektóre elementy mechanizmu. Broń najwyraźniej przetrwała szamotaninę bez większego uszczerbku. Tymczasem Andreas pochylił się nad nieprzytomną.

– Nie robiłbym tego – mruknął Elliot, jego towarzysz odskoczył od ciała. – Może tylko udawać. – Podszedł naciągając cięciwę kuszy, a następnie bez wahania strzelił kobiecie w oko. Bełt wbił się w ciało z mlaśnięciem. Andreas się wzdrygnął. – No, teraz już na pewno nie udaje – powiedział.

Andreas spojrzał na niego z niedowierzaniem. Zastrzelił ją, zastrzelił tak po prostu. Owszem, Pustkowia były niebezpieczne, a ludzie, którzy je przemierzali – bezlitośni, ale żeby w ten sposób? Kiedy nie było już zagrożenia? Andreas zaczął się zastanawiać, czy i on nie skończy pewnego dnia w podobny sposób.

– Trzy razy już sukę zabiłem – mruknął Elliot, klękając przy trupie. Pokręcił głową, oglądając szczęki, popukał paznokciem w igły udające zęby.

– Trzy razy? – wyjąkał Andreas.

Mężczyzna przytaknął.

– Przecież wracała – wyjaśnił. – Myślisz, że dałaby sobie spokój tylko dlatego, że jest martwa?

„Podróżuję z szaleńcem” – pomyślał Andreas.

– Teraz też wróci? – zapytał ostrożnie, jakby się bał, że niewłaściwymi słowami może spowodować szał. Patrzył na dłonie Elliota, które zręcznie umieszczały w kuszy nowy bełt.

– Wróci, wróci. Ale jesteśmy daleko od Morza, więc trochę to potrwa.

Zahman wciągnął gwałtownie powietrze, jednym skokiem był z powrotem przy ciele, już pochylał się nad nim, ale zerknął jeszcze na Elliota: czy można? Ten wyjął bełt z oka, polał go płynem z niewielkiej piersiówki – zaskwierczało jak woda święcona na grzeszniku. Potem machnął ręką w kierunku Andreasa.

– Tylko krwi nie dotykaj, testy nie potwierdziły, że jest w pełni bezpieczna – stwierdził, siadając przy skale, w cieniu.

Zahman przyjrzał się zabitej. Wyglądała tak zwyczajnie… Dopóki nie dotknęło się skóry – twardawej, przypominającej w dotyku gumę. Z bliska można było dostrzec łuski, układające się w delikatny wzór. I zęby, czy też raczej igły, ułożone jedna przy drugiej, ukryte za wąskimi wargami. Przez moment się zastanawiał się, czy zdołałby wyłamać jeden z nich, by później przeprowadzić badania, ale wiedział, że jego laboratorium nie jest przygotowane do podobnych eksperymentów – miał tylko podstawowy sprzęt i kilka urządzeń, które udało mu się znaleźć w zniszczonym szpitalu nieopodal osady.

– Napatrzyłeś się już? – zapytał Elliot, w jego głosie pobrzmiewała drwina. Andreas z westchnieniem w głosie przytaknął. – Chciałoby się zajrzeć do środka, pokroić, przebadać próbki… – Westchnął ponownie, rzucił jeszcze ostatnie spojrzenie na trupa i wstał. – Żaden ze mnie naukowiec – przyznał. – Amator raczej, z kilkoma zabawkami. Brak mi laboratorium, żeby robić coś konkretnego, grzebię więc w teorii. – Prychnął nagle lekceważąco. – Nawet tą tutaj nie mogę się zająć porządnie, bo przecież nie ma już publikacji, konferencji…

Elliot pokiwał głową.

– Jak już ci się znudzi Pel i oglądanie Morza, zabiorę cię w jeszcze jedno miejsce – powiedział. – Myślę, że ci się spodoba. – Wstał, podniósł porzuconą torbę. – A teraz chodźmy już. Zmierzch niedługo, a nie chcę spać koło tego… czegoś – wskazał na trupa.

Zanim odeszli, Andreas zauważył, że jego towarzysz zatrzymuje się jeszcze przy martwej kobiecie. Czy to był szmer piasku poruszanego przez wiatr, czy z ust Elliota rzeczywiście wydobyło się pełne smutku westchnienie?

*

         Andreas nie lubił nocy na Pustkowiach. Było zbyt cicho, zbyt… pusto. Być może, gdyby ciemność wypełniały niepokojące dźwięki, kuliłby się w śpiworze, niemalże umierając ze strachu, ale wolałby to niż nienaturalną ciszę, przerywaną jedynie szumem wiatru. Dlatego właśnie, gdy dwa dni wcześniej natknął się na grupę dzikich psów, był bardziej podekscytowany niż przestraszony. Myślał o tym, że jeśli jakieś zwierzęta zdołały przeżyć tak długo, musiały się czymś żywić, a to oznaczało, że przetrwały również gryzonie, inne małe stworzenia… Zaabsorbowany budzącą się nadzieją zbyt późno zrozumiał, że psy znalazły zupełnie inne pożywienie. Zastrzelił pierwszego, gdy stado go okrążało, odcinając drogę ucieczki, drugi zdążył skoczyć, a huk wystrzału rozdarł powietrze w tym samym momencie, kiedy kły rozszarpywały przedramię Andreasa. Pamiętał, że upadł, uderzając głową w coś twardego. Ostatnim wspomnieniem był obraz dwóch pozostałych psów zbliżających się do niego.

„Gdyby nie Elliot…” – przemknęło Andreasowi przez głowę. Zerknął na towarzysza, który drzemał nieopodal. Kim był? Nie wyglądał na zwykłego podróżnika. Doskonale wyekwipowany, zdawał się wiedzieć o Pustkowiach wszystko. Ale przecież nie tylko – ze strzępków rozmów powstawał obraz człowieka inteligentnego i przede wszystkim, oczytanego. Andreas przypomniał sobie, że Elliot zamierzał go dokądś zaprowadzić. Dokąd? „Myślę, że ci się spodoba” – powiedział. Może jakieś muzeum, dobrze zachowana biblioteka?

Zahman powrócił myślami do celu podróży. W Pel, według słów jego towarzysza, mieli się znaleźć już za dwa dni. Tyle tylko dzieliło Andreasa od spełnienia swojego cichego marzenia. Zobaczyć Morze… Ale czy to przyniesie jakiekolwiek odpowiedzi? Przecież bez dogłębnych badań, tajnych raportów zaginionych podczas wojny tak naprawdę niczego nie zrozumie. I nie dowie się na pewno, czy Morze jest wybawieniem czy też przekleństwem. Westchnął cicho. „Zbyt wiele obiecywałem sobie po podróży do Pel” – pomyślał. Popatrzy na Morze tak, jak poprzedniego dnia patrzył na trupa nieznajomej: niczego się nie dowiadując i niczego nie rozumiejąc. „I tak skończy się moja wielka wyprawa” – nie zdołał pohamować goryczy.

– Andreas? – mruknął Elliot.

– Tak?

– Przestań wzdychać i idź spać. Pomyślałby kto, że się zakochałeś.

– Tak rozmyślam… Nie mogę zasnąć.

Elliot podniósł się na posłaniu.

– Myślisz o Morzu?

Zahman przytaknął.

– Zastanawiam się, czy kiedykolwiek będziemy w stanie je zrozumieć, poznać cel, w jakim zostało stworzone… – wyjaśnił.

– To tylko eksperyment, nieudany zresztą – stwierdził Elliot. – Desperacka próba naprawienia popełnionych błędów, naprawienia świata. Nieprzemyślana, niedopracowana i kosztowna pomyłka.

– Co masz na myśli? – Andreas niemalże doskoczył do towarzysza, mając wrażenie, że właśnie zyskał szansę zdobycia upragnionej wiedzy. Nie zastanawiał się, skąd Elliot ma podobne informacje.

– Widzisz, jak wojna spustoszyła świat? – Branch powiódł wokół ręką. – Wszystko jest martwe, ekosystemy zrujnowane. Na dobrą sprawę nie ma nawet z czego ich odbudowywać, przecież prawie nic nie przetrwało. Jeszcze podczas wojny naukowcy zastanawiali się, jak temu zaradzić, ale zanim ludzkość się opamiętała, było już po wszystkim. Żyjemy na jałowej pustyni, egzystując tylko dzięki pozostałościom cywilizacji. Gdy zapasy się wyczerpią, wyginiemy.

– A Morze? – podsunął Andreas, który niekoniecznie chciał słuchać o tym, w jak złej sytuacji znalazła się ludzkość. Wolał raczej się dowiedzieć, czy istnieje jakakolwiek nadzieja.

– Morze miało być próbą odbudowy ekosystemu – wyjaśnił Elliot. – Potrzebne było środowisko w jakiś sposób ograniczone, żeby eksperyment nie wymknął się spod kontroli. Jak się okazało – skomentował gorzko – i tak się wymknął. Ale przynajmniej nie rozprzestrzenia się na lądy i akweny słodkowodne, nawet rzeki wpadające do Morza są bezpieczne, przynajmniej kilka kilometrów od linii brzegowej, gdzie woda już się nie miesza.

– Więc eksperyment się nie powiódł? – zapytał Andreas zawiedziony.

– Raczej: okazał się pomyłką. Powstało Morze. – Elliot zamilkł, zapatrzył się w ciemność. – Chodźmy wreszcie spać – odezwał się w końcu. – Jeśli mamy dotrzeć do Pel w dwa dni, musimy wyruszyć z samego rana.

Andreas zrozumiał, że niczego więcej się nie dowie. Gdyby nawet udało mu się jeszcze pociągnąć Brancha za język, nie usłyszałby nic konkretnego – tylko wyrzekania na błędy, pomyłki i nieudane eksperymenty. Ale przecież gdyby spróbować zbadać Morze, zrozumieć zasady jego działania, nauczyć się kontrolować żywioł… może byłoby to z pożytkiem dla ludzkości? Zahman słyszał o ludziach, którzy poświęcili się dla nauki, którzy uważali, że Morza nie da się poznać z brzegu, z powierzchni. Elliot nazywał ich samobójcami i pewnie miał rację, skoro żaden nigdy nie wrócił. „Żaden?” – wyszeptał głos w myślach Andreasa i mężczyzna aż się wzdrygnął na wspomnienie trupa. „W każdym razie żaden człowiek” – uznał.

Zasnął wreszcie, rozważając możliwe sposoby zbadania Morza, te mniej i te bardziej szalone.

*

         Pel wywarło na Andreasie wielkie wrażenie. Przed wojną musiało być zaledwie małą rybacką mieściną, lecz właśnie dzięki temu przetrwało zawieruchę, ominięte przez bomby i wojska, które nie widziały celu w zajmowaniu prowincjonalnej dziury z jej majątkiem w postaci dwóch kutrów. Szkielety strzaskanych statków straszyły teraz, wyrzucone na brzeg niczym zużyte zabawki. Jakby Morze chciało podkreślić, że czasy panowania człowieka nad wodami dawno się skończyły.

Kiedy przechodzili przez miasto, Andreas rozglądał się z ciekawością, podziwiając domy, które w większości zachowały przedwojenny wygląd. Oczywiście wraz z upływem czasu niszczały stopniowo, ale wciąż jeszcze przypominały miasto, prawdziwe miasto, a nie zlepek przypadkowych budowli skleconych z byle czego, tak jak inne osady.

– No i jesteśmy, oto Pel – odezwał się Elliot. – Dawniej zapadła dziura, do której ludzie nawet na urlop nie chcieli przyjeżdżać, a teraz centrum cywilizacji. Tylko dlatego, że ma szyby w większości okien. I asfaltowe drogi.

– Czyżby przemawiała przez ciebie zazdrość? – zapytał Andreas, pozwalając sobie na lekką drwinę.

Branch roześmiał się.

– Otóż to, przyjacielu, otóż to! Tam, gdzie ja mieszkam, nie ma ani szyb, ani nawet okien. Za to – uśmiechnął się nagle, a oczy mu zabłysły, gdy zniżał głos do szeptu – są inne, zdecydowanie ciekawsze rzeczy. Ale teraz chodźmy wreszcie zobaczyć Morze – dodał, ucinając wszelkie pytania.

Skręcili w jedną z ulic i podążyli bulwarem w dół – tam, między domami, Andreas pierwszy raz zobaczył niebiesko-zielony bezkres. Aż przystanął, zaskoczony i zachwycony. Ta przestrzeń, ta pustka… W przeciwieństwie do jałowych, szarych krajobrazów Pustkowi wydawała się mieć sens. I jeszcze idealnie prosta linia horyzontu, dzieląca świat na pół, na dwa odcienie błękitu. Czy mogło być coś równie perfekcyjnego?

Elliot zatrzymał się obok Zahmana, pokiwał głową ze zrozumieniem.

– Też tak zareagowałem, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem morze – powiedział. – Dzień był bezwietrzny, taki sam, jak dzisiaj. Ani jednej chmurki na niebie, powierzchni nie marszczyła najmniejsza nawet fala… – Pogrążył się we wspomnieniach. – Inne dzieciaki biegały z wrzaskiem, goniły cofającą się wodę… bo przecież nawet bez wiatru morze jest w ciągłym ruchu… albo wygrzebywały z piasku muszle, a ja stałem tak i gapiłem się… Cholera, na pierwszą kobietę, z którą poszedłem do łóżka, nie patrzyłem tak, jak na morze.

Andreas nie słuchał go uważnie, zapatrzony w bezmiar. Nagle dotarło do niego, że coś się w tej historii nie zgadza… Przecież nikt nie zbliżał się do Morza, a już na pewno nie pozwalał na to dzieciom. Tyle wiedział nawet on, choć pochodził z osady oddalonej od brzegu o dwa tygodnie drogi.

– Ile ty właściwie masz lat? – zapytał, mierząc towarzysza podejrzliwym spojrzeniem.

Elliot, wyrwany ze wspomnień, zerknął na Andreasa, a potem wyszczerzył się radośnie.

– Sześćdziesiąt pięć – odparł swobodnie. – I tak, widziałem morze sprzed wojny, sprzed eksperymentów.

– Wyglądasz na najwyżej czterdzieści! – wykrzyknął zdumiony Zahman. – To promieniowanie?

Branch wzruszył ramionami, a potem znów zapatrzył się w Morze.

– No jak? Tyle przewędrowałeś, ryzykowałeś życiem, a teraz nie chcesz zobaczyć go z bliska? – zapytał, gładko zmieniając temat.

Andreas kiwnął głową i ruszył za Elliotem w kierunku brzegu, choć tak naprawdę myślał teraz tylko o tajemnicach, które skrywał jego towarzysz. Czego jeszcze się dowie? Samo Morze bledło przy rewelacjach objawianych przez Brancha, ale mimo wszystko chciał je zobaczyć. Choćby dlatego, że było po prostu piękne.

Elliot zatrzymał go gestem, gdy minął ich nieznajomy – nie mógł mieć więcej niż pięćdziesiąt lat, a przecież wyglądał dużo, dużo starzej od Brancha. Zmęczenie i rezygnacja odbijały się na ogorzałej, poznaczonej zmarszczkami twarzy mężczyzny.

– Zobacz, samobójca – mruknął Elliot. – Jeśli się pospieszymy, obejrzysz coś ciekawego.

Ulica kończyła się przy szerokiej promenadzie – niemalże opustoszałej. Zaledwie kilkoro ludzi opierało się o barierki, patrząc na położoną poniżej plażę i na Morze. Nieco dalej, po prawej, w wodę wbijało się długie molo i to właśnie tam skierował się samobójca. Elliot i Andreas obserwowali go z pewnej odległości, przystanąwszy za barierką. Czarna farba odchodziła od poręczy, odsłaniając rdzewiejący metal. „Piękna metafora Pel” – przemknęło przez głowę Zahmanowi, który zaczynał dostrzegać coraz więcej szczegółów, gdy pierwszy zachwyt ustąpił miejsca chłodnej obserwacji.

Samobójca wszedł na molo powoli, jakby jeszcze się wahając. Ale gdy tylko zwrócił się ku Morzu, najwyraźniej podjął ostateczną decyzję. Ruszył pewnie, miarowym krokiem, a po chwili zerwał się do szaleńczego biegu.

– Patrz teraz – mruknął Elliot, gdy samobójca odbijał się stopami od brzegu mola.

Wszystko wydarzyło się niezwykle szybko. Morze rozstąpiło się nagle, jakby nie chciało mieć nic wspólnego z mężczyzną. Ściana wody otaczała arenę złocistego piasku, błyszczącego od wilgoci. Wtedy z odsłoniętego dna wyrósł olbrzymi kolec, uformowany z – chyba – wody. Nieznajomy krzyknął jeszcze, a potem z mlaśnięciem wbił się na pal, który wciąż rósł – żeby ciało pozostawało ponad powierzchnią powracającego na miejsce Morza.

Andreas poczuł nieprzyjemny dreszcz.

– I on tak już zostanie? – wykrztusił.

– Dwa dni, nie więcej. Te małe skurwysyny szybko się z nim uporają… – Elliot urwał nagle, jakby się opamiętał. – No to jak? Napatrzyłeś się? Bo są inne, ciekawsze rzeczy, które mogę ci pokazać.

Zahman skinął głową roztargniony. Myśli zaprzątała mu zagadka. O czym mówił Branch? Bakterie? Pasożyty? Czyżby w Morzu coś żyło? Nadzieja dla wyjałowionej Ziemi czy kolejne przekleństwo? Przecież to, co się stało z tym biednym samobójcą… Andreas był pewien, że tamten człowiek tak naprawdę nie chciał umrzeć, po prostu dał się porwać nadziei – że tam jest lepiej. Że miłosierne Morze przyjmie każdego, obdaruje nowym życiem, szczęściem. To właśnie powtarzali wędrowni kaznodzieje, próbując przekonać ludzi, że czas egzystowania na powierzchni, na lądzie, już się skończył, że pora iść do wody. Zahman jakoś im nie wierzył, to rozwiązanie pachniało ucieczką. „Trzeba zostać i walczyć” – powtarzał ojciec Andreasa nawet wtedy, kiedy matka wybrała się do Morza wraz z innymi pielgrzymami. Nigdy tam nie dotarli, zaatakowani i wybici przez na wpół szalonych rabusiów z Pustkowi.

Tymczasem Elliot prowadził ich promenadą – linią graniczną pomiędzy Pel a Morzem. Czasem odpowiadał na pozdrowienia przechodniów, ale nigdy nie zatrzymywał się, by zamienić z nimi kilka słów, nie odzywał się też do Andreasa. Dopiero gdy oddalili się od zabudowań, a promenada zamieniła się w plażę, zatrzymał się nagle i odwrócił do towarzysza.

– Wszyscy myślą, że Morze to jakiś nowy rodzaj boga – powiedział. – Modlą się do niego, wymyślają niestworzone historie, wciąż szukają potwierdzeń. A to – podniósł niewielki, wygładzony wodą kamień i z wściekłością rzucił w fale – jest bezmyślne, kompletnie bezrozumne! – stwierdził. – Potrafi tylko to, do czego zostało stworzone, co mu zaprogramowano…

Andreas nie przerywał. Całkowicie zgadzał się z Elliotem w kwestii deifikacji Morza, jednakże uważał, iż nawet bez mistycznej otoczki jest ono tajemnicze, fascynujące…

– Zobacz, pokażę ci coś – dodał jeszcze Branch.

Zrobił parę kroków w kierunku Morza. Potem kilka kolejnych. Andreasowi wydawało się, że już za chwilę obmywające brzeg fale dosięgną butów mężczyzny, ale nie – im dalej Elliot szedł, tym bardziej cofała się woda.

– Widzisz? – krzyknął, gdy oddalił się już znacznie. – Jestem jak jakiś pieprzony Mojżesz!

Zahman chciał zaprotestować, upomnieć towarzysza, że z Morzem nie ma żartów, ale nie potrafił oderwać wzroku od frapującego widowiska: potężny żywioł cofał się przed człowiekiem, przed zwykłym człowiekiem. „Zwykłym? Czy aby na pewno?” – szepnęło coś w głowie Andreasa. Ktoś, kto wydawał się wiedzieć o Morzu wszystko, twierdził, że ma sześćdziesiąt pięć lat, a wyglądał na czterdzieści, i miał w Morzu osobistego wroga… Nie, ktoś taki na pewno nie był zwyczajnym człowiekiem. „Ale wciąż może być szarlatanem i szaleńcem” – podsumował Andreas.

Elliot tańczył i wykrzykiwał groźby, śmiejąc się niemalże histerycznie. Wtem ucichł, rozglądając się wokół niepewnie. Wciąż jeszcze stał na piasku, ale zewsząd otaczało go Morze – na początku wody było niewiele, ale poziom podnosił się niebezpiecznie.

Andreas dostrzegł, że Branch pobladł, a jego twarz wykrzywiła się na moment w grymasie strachu. Potem mężczyzna zacisnął usta i zaszarżował na wodę. Morze rozstąpiło się gwałtownie, a Elliot po krótkim biegu opadł ciężko na piasek, tuż obok Andreasa.

– Stary, a głupi – mruknął, łapiąc oddech. Pozbierał się szybko, wstał i otrzepał. – Pycha: oto, co zgubiło ludzkość – stwierdził, patrząc na Morze. – I mnie prawie też – dodał ciszej, skruszony. Potem odwrócił się do Andreasa. – Ale warto było, jeśli obudziłem twoją ciekawość.

Zahman kiwnął tylko głową – ciekawość już od dawna domagała się zaspokojenia.

– Pójdziesz ze mną? – zapytał Elliot. – Po drodze i na miejscu wszystko ci wyjaśnię. Przydałaby mi się twoja pomoc, a i ty sporo zyskasz.

– Pójdę – padła odpowiedź. – Tylko… Zostańmy tu jeszcze na chwilę – poprosił. – Chciałbym… Chciałbym popatrzeć jeszcze trochę na Morze.

Mężczyzna uśmiechnął się ze zrozumieniem. Usiedli na piasku, wsłuchani w szum wiatru i fal, wpatrzeni w najdoskonalszy widok na świecie.

*

         Znów szli przez Pustkowia, pozostawiając Pel daleko za plecami. Andreas przyłapywał się na tym, że tęskni do szumu Morza, do łagodnego ruchu fal obmywających piasek. Zamiast tego mógł słuchać głosu Elliota, który mówił niemalże bez przerwy.

– Kiedy wojna dobiegała już końca… prawda, głównie dlatego, że nie było już komu jej toczyć… naukowcy zorientowali się, w jakim stanie znajduje się Ziemia. Wcześniej siedzieli ukryci w swoich bunkrach i nie mieli o niczym pojęcia, na dobrą sprawę nie obchodziło ich nic poza badaniami i rządowymi dotacjami, za które trzeba było płacić nowymi wynalazkami, bronią. Czymkolwiek, co pozwoliłoby wygrać wojnę. – Przerwał, zaczerpnął tchu. – I oto jest krajobraz po zwycięstwie – powiódł ręką wokół. – Tylko wygranych brakuje, którzy zaprowadziliby jakiś porządek.

– Przegraliśmy wszyscy – mruknął Andreas. Zdecydował, że lepiej dać się Elliotowi wygadać, nawet jeśli oznaczało to wysłuchiwanie złorzeczeń. Wcześniej czy później Branch zwykle mówił coś ciekawego, na co warto było poczekać.

– Ludzkość przegrała – podjął mężczyzna – ze sobą, z własną naturą. Ale ja nie o tym – machnął ręką. – Naukowcy opamiętali się w końcu, chcieli naprawić szkody, do których bądź co bądź się przyczynili. Tylko nie sposób ot, tak – pstryknął palcami – zamienić jałową pustynię w kwitnący raj. Trzeba by odnaleźć miejsca, gdzie zachowała się jakaś roślinność, chronić je i pielęgnować, by się powiększały. Nie było na to ani ludzi, ani czasu. No bo kto chciałby wędrować przez Pustkowia i ryzykować życiem, żeby zdobyć próbki, materiał badawczy, cokolwiek. A naukowców była tylko garstka.

Andreas kiwnął głową – doskonale rozumiał podobne problemy. Sam niejednokrotnie wypuszczał się za osadę, czasem nawet trochę dalej, w nadziei znalezienia czegokolwiek, co przyda mu się w badaniach.

– Chcieli wymyślić jakiś inny sposób, coś, co pozwoliłoby osiągnąć lepsze efekty na większą skalę. I oczywiście – zerknął na rozmówcę – szybciej. Żeby to było „już”, żeby Ziemia odrodziła się od razu. Żeby nie trzeba było czekać stuleci.

– Więc wymyślili Morze.

Elliot zaśmiał się.

– Nie, Morza nikt nie wymyślał – wyjaśnił. – Powstało przypadkowo, kiedy eksperyment wymknął się spod kontroli. Widzisz – zatrzymał się i spojrzał na towarzysza – naukowcy pragnęli wymyślić coś, co odnalazłoby ocalałe okazy fauny i flory, a potem pomogło im przetrwać i rozprzestrzeniać się. Żeby niepotrzebny był nadzór człowieka. Chcieli stworzyć małych pomocników świętego Mikołaja – parsknął drwiąco.

– Kogo? – zapytał zdezorientowany Andreas.

– Och, nieważne! – machnął ręką Elliot, który najwyraźniej nie lubił, jak mu przerywano wywód. – W każdym razie udało się – podjął. – Przynajmniej wyprodukowanie pomocników. Testy laboratoryjne nie wypadały źle, ale jakoś nikt nie kwapił się do próby globalnej. Wiedzieliśmy, że nie da się później wprowadzić poprawek, że wszystko trzeba było dopracować do ostatniej literki kodu.

– Brałeś w tym udział? – Andreasowi nie umknęła forma „my” i pozwolił sobie na ostrożne pytanie.

Elliot stracił nagle werwę i przygarbił się lekko.

– Tak – wyszeptał ze wstydem. Potem zebrał się w sobie i kontynuował. – To ja zaproponowałem wykorzystanie mórz. Zrozum, potrzebowaliśmy środowiska dość dużego, by sprawdzić, jak sobie radzi nasz twór, a jednocześnie na tyle ograniczonego, by eksperyment nie rozszerzył się na całą Ziemię.

– To dlaczego nie jakieś jezioro?

– Jeziora są stosunkowo małe, nie byłoby gwarancji, że cokolwiek w czymś takim przetrwało. Poza tym są niewystarczająco ograniczone: wody gruntowe, opady deszczu, parowanie… A w przypadku mórz wystarczyło wprowadzić ograniczenie rozprzestrzeniania do słonej wody.

Andreas spojrzał badawczo na Elliota. Przygotowywał się, by zadać najważniejsze pytanie, i liczył na odpowiedź. Dość miał już wywodów o ludzkości, która zniszczyła samą siebie, o naukowcach, którzy najwyraźniej zmarnowali szansę.

– Więc czym jest Morze?

Branch zamyślił się, wyraźnie zaskoczony.

– Dobre pytanie – przyznał, niemalże doprowadzając Andreasa do rozpaczy. – Można by powiedzieć, że maszyną, biomaszyną. Naturalnym środowiskiem przekształconym i wciąż przekształcanym przez maszyny.

– Maszyny?!

– Słyszałeś kiedyś o nanotechnice? – Elliot wyszczerzył się, najwyraźniej rozbawiony zaskoczeniem towarzysza.

– Tak – przytaknął skołowany Andreas, próbując sobie przypomnieć krótkie fragmenty w książkach, do których udało mu się dotrzeć. – Nadzieja medycyny, mikrotechnologii…

– I ludzkości – gładko wtrącił Branch. – Przygotowane przez nas nanoboty miały rozpoznawać DNA żywych stworzeń, a potem wspomagać ich przetrwanie. Wiesz, rozkładanie szkodliwych substancji w organizmie i wykorzystywanie związków do tworzenia tego, co ciału niezbędne. Zresztą, po co się ograniczać tylko do wnętrza organizmów, skoro cały ocean pełen jest związków nadających się do przetworzenia.

– Więc co poszło nie tak?

Elliot wzruszył ramionami.

– Zabrakło zaworów bezpieczeństwa – stwierdził. – Nanoboty mnożą się na potęgę, utrzymują przy życiu to, co zdołało przetrwać, i… nie bardzo wiedzą, co dalej. My sami nie wiedzieliśmy, kiedy przestaną być potrzebne, więc nic im nie zakodowaliśmy. No i wygląda na to, że one zaczęły ewoluować. Nie wiemy tego na pewno, ale sądząc po tym, co się dzieje z Morzem, można wyciągnąć podobne wnioski.

– Nie mieliście jak tego zbadać?

– Z początku… z początku nic nie było widać, żadnych efektów, więc czekaliśmy cierpliwie. A potem, kiedy morze zaczęło się zmieniać, nie mieliśmy odwagi. Przynajmniej wtedy, bo później wszystkich ciągnęło, wszyscy byli ciekawi. I szli tak, kolejno, najpierw w chwale odkrywców nieznanego – zadrwił – potem już tylko po cichu, kryjąc rezygnację. Chyba sami nie wierzyli, że mogą wrócić.

– Ktoś jednak wraca – zauważył Andreas.

Elliot jakby się skurczył w sobie, posmutniał.

– Tak, ktoś wraca – powiedział cicho. – Pam. – Spojrzał na Andreasa, dostrzegł pytanie w jego oczach. – Pamela Esche – poprawił się – moja asystentka. I zdradziecka żmija – dodał zaskakująco wesołym głosem.

– Próbuje cię zabić.

– Z uporem godnym podziwu – przyznał Elliot. – Jeśli… jeśli to jeszcze ona i jej upór. Widzisz, Pam była sprytna, nie chciała ryzykować, że Morze z nieznanych powodów „zdecyduje się” wbić ją na pal. Chciała wrócić i postanowiła się zabezpieczyć. Problem w tym, że wstrzyknęła sobie nieprzetestowane nanoboty. I skończyło się w ten sposób. Nawet ja nie mam pojęcia, czym się stała ani ile jeszcze w niej zostało z prawdziwej Pameli.

Zatrzymał się nagle na brzegu wzniesienia, spojrzał przed siebie i uśmiechnął się.

– Jesteśmy na miejscu – stwierdził.

Andreas stanął obok i rozejrzał się uważnie. Wokół rozciągały się Pustkowia, a widok przed nimi nie różnił się zbytnio od tego, który pozostawili za plecami. Podobne kamienie, piasek tej samej barwy, nawet kształt linii horyzontu pozostał niezmienny. O co więc mogło chodzić Elliotowi? Wydawał się podekscytowany jak dziecko, które ma zamiar pochwalić się zabawką. Chwycił Andreasa za ramię i niemalże pociągnął za sobą stromą ścieżką prowadzącą w dół.

Dopiero gdy zeszli nieco niżej, okazało się, że to, co z daleka wyglądało jak skały, było tak naprawdę kompleksem budynków. Elliot przystanął na chwilę, wyciągnął przed siebie prawą dłoń i pogładził jej grzbiet trzema palcami.

– Pod skórą mam chip kontrolujący to miejsce – wyjaśnił zdumionemu Andreasowi. – Dzięki temu nikt nie może się dostać do środka.

Zahman skinął głową, zafascynowany widokiem, który miał przed sobą – i drzwiami, które otwierały się zachęcająco.

– Zapraszam do środka – oznajmił Elliot z szerokim uśmiechem.

*

         Andreas nie mógł zasnąć. Czuł się, jakby zamknięto go w pudełku – gdy tylko zgasił światło w pokoju, zapanowała idealna ciemność i cisza tak głęboka, że mógł usłyszeć bicie własnego serca. W porównaniu z tym miejscem Pustkowia wydawały się pełne życia, z cichym szumem wiatru, chrzęstem piasku, tajemniczymi szelestami. I z gwiazdami rozjaśniającymi trochę noc. Obrócił się na łóżku, które stało się nagle zbyt miękkie, zbyt wygodne. Rozmyślał o wszystkim, co zobaczył – doskonale wyposażone laboratorium, wypełnione sprzętami, jakich nie potrafiłby nawet nazwać, wydawało mu się niemalże spełnieniem marzeń. Elliot był podekscytowany, oprowadzał gościa, opisując wszystkie cuda techniki. A potem, przy kolacji w dobrze zaopatrzonej kantynie, rozmawiali o przyszłości.

– Zrozum – mówił Branch, podkreślając słowa ruchami widelca. – Mam już sześćdziesiąt pięć lat, tak naprawdę nie wiem, ile jeszcze pożyję. Potrzebuję nie tylko asystenta, ale i następcy.

– Naprawdę masz aż tyle? – powątpiewał Andreas. – Wyglądasz bardzo młodo.

Elliot zaśmiał się sucho.

– Wyglądam na tyle, na ilu się zatrzymałem – odparł enigmatycznie. – Zresztą popatrz.

Położył rękę na stole, pomiędzy talerzami. Sięgnął po nóż i rozciął skórę na grzbiecie dłoni, zanurzył ostrze głębiej. Przez twarz przemknął mu grymas bólu, ale potem był już spokojny – zupełnie jakby kroił cudzą rękę, nie swoją. Zanim Andreas zareagował, Branch odłożył nóż i delikatnie starł ściekającą z dłoni krew.

– Teraz patrz.

Andreas spojrzał. Rana, choć głęboka, nie krwawiła już tak bardzo jak przed chwilą, a zaledwie kilka sekund później zaczęła… się zasklepiać. Zahman poderwał się, odsunął od stołu, nie mogąc zapanować nad szokiem i strachem. Wpółotwarte usta próbowały wyartykułować pytanie, jakiekolwiek słowa. Bezskutecznie.

Elliot uśmiechnął się ze smutkiem.

– Wszyscy poświęciliśmy się dla nauki – powiedział cicho. – I ci, którzy poszli do Morza. I Pam z jej nieprzetestowanymi botami. I ja też… – przerwał na moment, spojrzał na Andreasa. – Nie starzeję się tylko dlatego, że nanoboty dbają o moje ciało. Starannie dobrane, z precyzyjnym, wyspecjalizowanym programem. Dużo bardziej zaawansowane niż te, które wysłaliśmy do wody.

Andreas wypuścił powietrze z płuc, usiadł z powrotem przy stole.

– Przepraszam – powiedział cicho. Widać było, że wciąż jeszcze ma trudności z oswojeniem się z nową myślą, teraz jednak czuł raczej wstyd niż strach. Nie powinien się był zachować w ten sposób, naukowców cechowała ciekawość, nie irracjonalne uprzedzenia.

– Nie szkodzi. – Branch uśmiechnął się, poklepał go po ramieniu. Rana na dłoni była już tylko różowawą blizną. – I tak zniosłeś to nadzwyczaj dobrze. A przecież zafundowałem ci sporo nowych wrażeń. – Poprawił się na krześle, oparł łokcie na stole i spojrzał uważnie na rozmówcę. – Ale przejdźmy do sedna. Chciałbym, żebyś do mnie dołączył. Przekażę ci wiedzę, wszystkie wyniki badań, które udało mi się zgromadzić. Mam kilka planów związanych z nanotechnologią, może syntetyzowanie pożywienia, a nawet próbę rekonstrukcji jakiegoś prostego organizmu… To dałoby nam czas potrzebny do rozwiązania kwestii Morza.

– Co masz na myśli?

– Cóż, nie możemy go zostawić takim, jakie jest – wyjaśnił spokojnie Elliot. – Nic o nim nie wiemy, ale jeśli naprawdę ewoluuje… pewnego dnia może stać się zagrożeniem. Trzeba pozbyć się morskich nanobotów albo znaleźć sposób, żeby je kontrolować…

Zamyślił się, jakby już rozważał nowe możliwości. Andreas nie przerywał mu, choć nie do końca potrafił się zgodzić z rozumowaniem Elliota – głównie dlatego, że Morze fascynowało go i wolałby raczej poświęcić się badaniu go niż szukaniu sposobów na odwrócenie efektów eksperymentu. Być może wcale nie był aż tak nieudany, jak twierdził Branch? Niemniej pomagając mu w badaniach, Andreas mógłby wpływać na ich kierunek, próbować przeforsować własne pomysły i rozwiązania. I ocalić Morze, a nawet uczynić je pożytecznym. Niemalże uśmiechnął się do tej myśli.

– Już zdecydowałeś, co? – Elliot obserwował jego twarz i wyglądał na rozbawionego. – Od razu wiedziałem, że prawdziwy z ciebie naukowiec.

– A czy będę musiał… – Zahman zerknął na rozmówcę, skinął głową w kierunku jego ręki. – No wiesz…

Branch westchnął.

– Nie zamierzam cię zmusić, choć byłoby mi to na rękę – przyznał. – Nanoboty usprawnią działanie twojego organizmu i zważywszy na to, że jesteś jeszcze bardzo młody, znacząco przedłużą żywotność ciała. Nawet jeśli ja umrę, ty będziesz mógł kontynuować pracę jeszcze przez  wiele lat…

Andreas kiwnął głową, choć wciąż nie był przekonany. Wracało wspomnienie pala powstającego z wody, w uszach brzmiał obrzydliwy dźwięk wpadającego na kolec ciała. Pomysł, choć logiczny, napawał go obawą – pozwolić, by maszyny wniknęły do jego ciała…

– Jeśli mi nie ufasz – Elliot najwyraźniej opacznie zrozumiał wahanie towarzysza – możemy to zrobić razem. I tak zamierzałem sobie wstrzyknąć nową, ulepszoną partię, przy okazji usuwającą błędy w kodzie, które mogły się pojawić. Wstrzykniemy sobie te same nanoboty. Zobaczysz, nawet nie zauważysz różnicy… Po prostu będziesz mógł zapomnieć o katarze, bólach zębów i innych problemach. Nie mówiąc o takich udogodnieniach, jak zmniejszone zapotrzebowanie na jedzenie i szybsze gojenie ran.

Andreas westchnął i kiwnął głową, zgadzając się wreszcie. Trzeba było oddać Elliotowi, że miał dar przekonywania. No i była jeszcze ciekawość naukowca, który chciał poznać nowe rzeczy, nowe rozwiązania – nawet jeśli trzeba je było przetestować na sobie.

– Świetnie! – niemalże wykrzyknął Branch. Oczy błyszczały mu radością. – W takim razie jutro z rana przeprowadzimy zabieg, a potem od razu weźmiemy się do pracy. Mamy świat do uratowania – zażartował ciepło.

Oswojona wspomnieniami ciemność w pokoju wydawała się jakby mniej obca.

Andreas ziewnął. Dopiero teraz uświadamiał sobie, jak bardzo jest zmęczony. Elliot miał rację – zbyt dużo wrażeń jak na jeden dzień. A następny miał obfitować w kolejne, może nawet bardziej ekscytujące przeżycia. Przewrócił się na drugi bok i snując plany dotyczące przyszłości, zasnął wreszcie.

Śniło mu się Morze, łagodnie obmywające brzeg na plaży w Pel.

*

         Andreas zerknął na zegar wyświetlony w rogu ekranu i wrócił do czytania tekstu. Zanim zdołał przyswoić choć jedno słowo, dotarło do niego, co zobaczył, i sprawdził godzinę raz jeszcze. Jeśli komputer nie kłamał, spędził cały dzień przy monitorze, czytając artykuły z dziedziny biologii i chemii – a mimo tego nie czuł zmęczenia, może jedynie lekki głód. „Nanoboty działają” – pomyślał z uznaniem.

Pracował z Elliotem już od tygodnia, choć tak naprawdę do laboratorium zaglądał rzadko, najpierw musiał uzupełnić braki w wiedzy. Korzystał więc z niezwykle bogatego zbioru elektronicznych publikacji, starając się przyswoić jak najwięcej informacji i naukowego żargonu. Przerwy robił tylko wtedy, gdy był głodny lub śpiący. Elliot ostrzegł go na samym początku, że choć nie będzie potrzebował już tyle jedzenia, jako że nanoboty przetwarzały na pożyteczne substancje wszystko, czego w normalnych warunkach organizm by się pozbył, to jednak snu nie da się zastąpić. Wciąż musiał spędzać siedem do ośmiu godzin w łóżku. „Ale korzyści i tak są olbrzymie” – pomyślał.

Przeciągnął się, uznając, że pora na przerwę i jakąś przekąskę. Po drodze mógłby zajrzeć do Elliota i dla odmiany nauczyć się czegoś o bazie, w której się znajdowali – poza laboratorium, kantyną i centrum dowodzenia nie widział jeszcze nic. To ostatnie przywołało wspomnienie sali, wypełnionej komputerami i pustymi krzesłami. „Kiedyś musiała być pełna ludzi” – pomyślał, gdy wszedł tam po raz pierwszy. Potem jego uwagę przykuły ekrany, które zajmowały całą ścianę. Wszystkie wyświetlały ten sam obraz: Morze.

– Po to, żebym zawsze pamiętał o nadrzędnym celu – wyjaśnił Elliot. – Poza tym wolę wiedzieć wcześniej, jeśli coś zacznie się z nim dziać.

Andreas kiwnął głową. Warto było być przygotowanym, jeśli miało się do czynienia z czymś tak nieprzewidywalnym. „Może zajrzę i tam na chwilę?” – pomyślał, wyłączając komputer. Lubił patrzeć na Morze, ruch fal uspokajał go, hipnotyzował. I przypominał o – jak to określił Elliot – „nadrzędnym celu”.

Zanim zdążył wstać, wszystko pociemniało, a potem rozbłysło czerwienią. Dźwięk alarmu rozniósł się po całej bazie. Zerwał się i wybiegł na zewnątrz, po chwili wahania skręcając w korytarz prowadzący do centrum dowodzenia. Niemalże zderzył się z Elliotem, który najwyraźniej biegł w przeciwną stronę.

– Chodź, nie mamy czasu! – krzyknął, zawracając. Jego głos zlewał się z syreną alarmową. – Wystąpił jakiś błąd w programie i reaktor napędzający to miejsce zostanie wyłączony – tłumaczył, gdy wbiegali do centrum dowodzenia. – Trzeba go będzie uruchomić ręcznie, zanim zabraknie zasilania!

– Co mam robić? – zapytał Andreas, choć jego wzrok odruchowo uciekał ku ekranom, ku Morzu. Poczuł mimowolną ulgę, że to „tylko reaktor”, a nie jakaś anomalia związana z morskimi nanobotami, choć Branch wydawał się bardzo przejęty sytuacją.

Elliot chwycił kawałek kartki i długopis, nabazgrał na niej ciąg liczb, a potem zaprowadził towarzysza do jednego z komputerów.

– Zostań tutaj – powiedział. – Gdy dam ci znać przez interkom, wprowadź tę sekwencję – wcisnął papier w rękę oszołomionego Andreasa. – Jak już uda mi się uruchomić reaktor, ten kod zresetuje program prowadzący i wprowadzi kopię zapasową, która nie powinna zawierać błędu – wyjaśnił.

I zanim Zahman zdążył zadać choć jedno pytanie, Branch wybiegł z pomieszczenia. Andreas spojrzał na trzymaną w dłoni kartkę, a potem usiadł przed komputerem. Czekając na sygnał, zapatrzył się na Morze. Wydawało się takie spokojne, takie niewzruszone… Pomyślał, że świat mógłby się kończyć, a ono pozostałoby takie samo. Obiecał sobie, że za jakiś czas namówi Elliota na kolejną wyprawę do Pel – może pod pretekstem obserwacji albo próby zdobycia materiału badawczego.

– Jesteś tam? – Głos w interkomie był odrobinę zniekształcony, jednak wciąż wyraźny. – Zająłem się reaktorem, wprowadź sekwencję!

Andreas zareagował niezwykle szybko – wpisał ciąg znaków, upewnił się, że są poprawne, i potwierdził. Komputer wyświetlił dziesiątkę i rozpoczął odliczanie. Dziewięć, osiem, siedem, sześć, pięć… Głuche echo poniosło się korytarzami, zajęczał gdzieś metal. Człowiek obejrzał się zaniepokojony, jednak wszystko wydawało się w porządku. Cztery, trzy, dwa, jeden… Ściany zadrżały, rozległ się grzmot i gwizd. Po chwili wszystko ucichło, nawet alarm. Czerwone rozbłyski zostały zastąpione przez normalne oświetlenie. „Czy tak wygląda uruchomienie reaktora?” – zastanawiał się Andreas.

– Udało się! – usłyszał w interkomie pełen radości głos Elliota. – Zaraz tam będę.

Zahman ponownie zapatrzył się na ekrany. Morze było spokojne, niezmienne. Nagle obraz zatrząsł się na moment, a on dostrzegł coś, co wyglądało na wybuch. Woda wystrzeliła do góry, najwyraźniej uderzona pociskiem. A potem uspokoiła się, wszystko wróciło do normy. „Co to było?” – w jego myślach pojawił się strach, złe przeczucie.

– No, już po wszystkim – powiedział Branch, wchodząc do sali. – Widziałeś trafienie? – zapytał, nie kryjąc radości w głosie.

– Trafienie? – wyjąkał Andreas. A potem zrozumiał. – To nie był reaktor! – wykrzyknął, odwracając się.

– Nie – przyznał Elliot. – To była rakieta, niemalże w całości wypełniona nanobotami. Powinna być tam ich wystarczająca ilość, żeby wykończyć te pasożyty, które zalęgły się w morzu. Nie będzie więcej cudów, mistycyzmu, nie będzie więcej zabijania ludzi, którzy może po prostu chcieli się wykąpać – powiedział ze złością.

Zahman, zszokowany, postąpił krok ku niemu.

– Ale dlaczego? – zapytał. – Dlaczego? Tyle możliwości…

– Morze było dzikie, niekontrolowane. Nieudany eksperyment – podkreślił te słowa. – A takich należy się pozbyć, zamiast je hodować, bo i tak nie mają przyszłości. Jak Frankenstein – dodał, nawet nie zdając sobie sprawy z tego, że jego rozmówca może nie zrozumieć porównania.

– Wykorzystałeś mnie! – rzucił oskarżycielsko Andreas, wciąż podchodząc bliżej. – Oszukałeś…

Elliot wzruszył ramionami, najwyraźniej nie przejmując się reakcją towarzysza. Uśmiechnął się natomiast, gdy zobaczył, jak Zahman robi kolejny krok do przodu i – nie mogąc utrzymać równowagi – pada na kolana.

– Oszukałem – przyznał. – Potrzebowałem drugiej osoby do uzbrojenia i wysłania rakiety. Ale to nie ma już znaczenia. Liczy się to, że Morze przestanie istnieć. A ciebie – dodał radośnie i zachichotał szaleńczo – zjedzą moje nanoboty. Żywcem.

Andreas spojrzał na swoje dłonie i oczy rozszerzyły mu się z przerażenia, gdy zobaczył, jak płaty skóry zaczynają powoli znikać, odsłaniając mięśnie.

– I żebyś nie pomyślał, że jestem niewdzięczny – dodał spokojnie Branch. – Zaprogramowałem je tak, żeby cię znieczuliły.

– Ale ty… Te same… – wyjąkał Zahman, wciąż próbując zapanować nad przerażeniem. Gdyby tylko zdołał wstać, dopaść Elliota…

Branch pokiwał głową.

– Tak, wstrzyknąłem sobie te same – potwierdził. – Ale zostały bardzo szybko zneutralizowane przez te, które już krążą w moim organizmie. Przygotowałem się odpowiednio. I dobrze wyliczyłem czas aktywacji: dość, żebyś mi zaufał, ale nie za dużo. Zbyt długo czekałem na dzisiejszy dzień.

Andreas już nie odpowiedział. Zamarł z rozszerzonymi oczami, z twarzą wykrzywioną przerażeniem – dopóki jeszcze miał twarz, bo rozpad ciała postępował. Elliot odwrócił się i wyszedł, żeby nie patrzeć na Zahmana i gałki oczne błyszczące z wyrzutem w pozbawionej skóry twarzy. Nieraz już widział, co odpowiednio zaprogramowane nanoboty potrafią zrobić z człowiekiem, nie musiał oglądać tego procesu ponownie. Poza tym – chciał świętować. Nareszcie pokonał Morze. Nie chciało dać się ujarzmić, więc musiało zostać zniszczone.

Zahman, pozostawiony sobie, umierał powoli, bez jednego dźwięku. W tle, na wypełnionej ekranami ścianie, fale jak przedtem obmywały brzeg.

*

         Mieszkańcy Pel z niepokojem patrzyli na Morze. Owszem, widzieli wybuch nad wodą, ale w najśmielszych myślach nie przypuszczali, że jedna rakieta może wywołać aż taki efekt…

– Morze umiera – wyszeptał ktoś stojący w tłumie, który zgromadził się na promenadzie.

Miał rację. Fale co chwilę wyrzucały na brzeg martwe stworzenia. Część z nich przywodziła na myśl ryby z dawnych fotografii i rycin, ale większość miała niezwykłe kształty. Można było dostrzec też coś, co wyglądało na ludzi, ale o wyraźnie zmienionych ciałach, przypominających morskie stworzenia. Były obce, lecz na swój sposób piękne. I martwe, wszystkie martwe.

Wszystkie, oprócz jednego.

Czterdzieści kilometrów od Pel woda wyrzuciła na brzeg coś, co wyglądało na kobietę. Poruszała się z trudem, czołgając po piasku. Jej twarz częściowo się rozpadła, odsłaniając strzępki mięśni wiszące na szczęce i zęby ostre jak igły. Ilekroć kobieta pochyliła się i otarła głową o piasek, ziarenka przywierały do jej twarzy, po czym zmieniały strukturę, zaczynając przypominać maskę.

Pamela Esche czołgała się wytrwale. Od czasu do czasu sięgała ku leżącym wszędzie ciałom, pozwalając nanobotom pobrać potrzebne substancje i rekonstruować rozpadający się organizm. Wiedziała, że umiera, ale walczyła. Czołgając się wzdłuż plaży, myślała o jedynej rzeczy, która pozostała jeszcze do zrobienia.


„Pokonać Morze” („To Conquer the Sea”) po raz pierwszy ukazało się w magazynie „Science-Fiction, Fantasy i Horror”. Jego angielska wersja ukazała się w antologii „Of the Dead and Dying: Tales of the Apocalypse”.