Półka młodej Melfki – Book Tag Myka

booktagDzień po tym, jak zostałam nominowana w Blog Hopie „Nagroda Liebster”, Myk Pilgrim z Little Plastic Castle oznaczył mnie w swoim poście, zachęcając do wymienienia 10 książek, które miały na mnie największy wpływ. Książek, które ukształtowały tę Melfkę, którą jestem.

Nurkowanie w odmęty mojej przeszłości może mieć traumatyczny wpływ na obserwatorów, więc czytacie na własną odpowiedzialność. Ale jeśli macie dość odwagi (lub ciekawi Was, jak dziwne i niespodziewane książki znalazły się na liście), to czytajcie dalej.

„Bajarka opowiada” – Maria Niklewiczowa

Tę grubą książkę w twardej oprawie, zawierającą „baśnie ze wszystkich stron świata” najpierw czytała mi mama. Ponieważ jednak szybko nauczyłam się czytać sama, spędzałam godziny powracając do tych opowieści, osadzonych w różnych miejscach i kulturach. Jedną z moich ulubionych była czeska „Alabastrowa rączka” i dwadzieścia lat później wciąż jeszcze dokładnie ją pamiętam, ale były też i inne baśnie. Chińska – „Wolarz i prządka”, japońska – „Łubianki z wróblowego domku” czy węgierska – „Żelazny Laczy”, wciąż pozostają w pamięci. Myślę, że ta książka nie tylko karmiła moją wiecznie głodną wyobraźnię, ale też obudziła ciekawość innych kultur i ich opowieści.

Mogłabym dodać do listy Baśnie Braci Grimm i Hansa Christiana Andersena, bo je również wielokrotnie czytałam, ale to właśnie „Bajarka opowiada” była moją ulubioną.

Karol May – cykl na Dzikim Zachodzie

Niemiecki pisarz, który przed napisaniem powieści ani razu nie odwiedził Stanów Zjednoczonych i który pisze ekscytujące historie o kowbojach i Indianach? Być może brzmi to dziwnie, ale to właśnie on sprowadził Dziki Zachód do mojej polskiej rzeczywistości i to dzięki niemu spędziłam wiele godzin czytając o przygodach Apacza Winnetou i jego białego „brata krwi”, Olda Shatterhanda. Dziesięcioletnia dziewczynka nie dbała o to, czy realia opowieści były oddane co do szczegółów: w końcu Indianie i kowboje powinni być ekscytujący, a nie realistyczni! I uwierzcie mi, że byli. Wiele dni spędziłam na wyobrażaniu sobie swoich własnych przygód u boku głównych bohaterów tych książek.

Ken Follet – „Wejść między lwy”

Dość wcześnie zaczęłam zaglądać do zbioru książek moich rodziców (i pewnie nie powinnam wspominać, że wcześniej pochłonęłam wszystkie książki z kolekcji niemieckich romansów mojej babci…), w którym znajdowała się nie tylko klasyka literatury (ta, oczywiście, zupełnie mnie nie interesowała), ale także thrillery i książki akcji takich autorów jak Alistair MacLean i Ken Follet. Myślę, że powieści MacLeana lubiłam bardziej, ale to właśnie „Wejść między lwy” wciąż jeszcze pamiętam – głównie z powodu osadzenia akcji książki w Afganistanie i… ponieważ były w niej sceny erotyczne. Książka ta stała się pewnym zderzeniem z rzeczywistością dla dwunastoletniej może dziewczynki, która do tej pory czytała głównie baśnie i powieści przygodowe. Dzięki niej uśmiecham się też na wspomnienie pewnej wizyty w bibliotece, gdy wybrałam powieść szpiegowską dla młodzieży i pani bibliotekarka powiedziała mi: „Oj, nie spodoba ci się ta książka. Jest dla dużo starszych dzieci.”, więc słuchając jej rady, książkę odłożyłam. Patrząc z perspektywy czasu, książka zapewne bardzo by mi się podobała, ale może to lepiej, że bibliotekarka nie wiedziała, co wówczas czytywałam w domu.

Rober E. Howard – Płomień Assurbanipala

Pierwsza prawdziwa „fantasy”, jakąkolwiek przeczytałam. Wzięłam ją z bibliotecznej półki, bo nic innego mnie tego dnia nie zwróciło mojej uwagi. Oczekiwałam, że „Płomień Assurbanipala” będzie powieścią przygodową, z akcją osadzoną w Afryce, a tymczasem przeczytałam coś, czego nie mogłam wyobrazić sobie jako prawdziwe, gdyż książka zawierała przygodę, fantasy i lovecraftowski horror. Byłam zszokowana (jak ktoś może pisać o czymś, co nie jest prawdziwe i nie jest baśnią?), przestraszona (bo śmierć na kartach książki często była obrzydliwa) i… oczarowana. Lata czytania baśni i mitologii wydały owoc: chciałam przeczytać więcej, więc z uśmiechem porzuciłam dział dziecięcy biblioteki i zaczęłam myszkować po nowoodkrytych półkach oznaczonych jako „fantastyka”.

Mercedes Lackey – seria Heroldowie z Valdemaru

Seria miała wszystko, o czym nastolatka i świeżo upieczona fanka fantasy mogła tylko zamarzyć. Dziewczynkę z wyjątkowym darem, białe konie (ale żadnych jednorożców) i dużo relacji międzyludzkich (zarówno przyjaźni jak i miłości), a do tego trochę intrygi, niebezpieczeństwa i pełne napięcia sceny. Tym, co jeszcze urzekło mnie w tych historiach (a poza trylogią „Heroldów z Valdermaru” przeczytałam jeszcze wiele innych powieści), był ich nastrój – skupienie się na przyjaźni i nadziei, dzięki którym zawsze można było liczyć na w miarę szczęśliwe zakończenie.

Robert E. Howard – seria Conan

Wydaje mi się, że zainteresowałam się nią po przeczytaniu recenzji gry osadzonej w tym świecie (filmu nie obejrzałam jeszcze przez długi czas). Było to jeszcze w czasach Atari i Amigi, więc nigdy nie zagrałam w grę, mając niewłaściwy sprzęt, ale historia z recenzji gry obudziła moją ciekawość i przeczytałam sporo książek w serii, zarówno tych pisanych przez Roberta E. Howarda, jak i jego następców. Wciąż mam do nich sentyment i chociaż nigdy nie miałam nic przeciwko Conanowi, po cichu życzyłam zwycięstwa jego przeciwnikowi – Thoth-Amonowi. Albo marzyłam o tym, by się zmienił i stanął po stronie dobra. Czy powinnam wspominać, że jedyne fan-fiction, jakie kiedykolwiek napisałam, było osadzone właśnie w Hyperborei…?

Andrzej Sapkowski – „Miecz przeznaczenia” (seria Wiedźmin)

We wczesnych latach nastoletnich czytałam już fantasy, ale głównie Zachodnich autorów, trzymając się z dala od rodzimych, którzy pisali głównie fantastykę naukową, z naciskiem na „naukową”. Ale ten „Miecz przeznaczenia” na półce w bibliotece wyglądał tak obiecująco… Polskiemu nazwisku przyglądałam się podejrzliwie, ale w końcu uległam pokusie. I w ten właśnie sposób zaczęłam swoją znajomość z Wiedźminem (zaczynając nieco bez sensu, od drugiego tomu), która to seria stała się najczęściej czytaną w mojej młodości. Niestety „Władcę Pierścieni” przeczytałam dopiero po tej serii i nie Tolkien nigdy nie zrobił na mnie takiego wrażenia (choć „Silmarilion” wspominam z przyjemnością).

Mike Resnick – „Zamglony Horyzont”

Jak już wspominałam powyżej, za młodu nie czytałam zbyt wiele fantastyki naukowej, ale polski tytuł książki, „Zamglony Horyzont”, brzmiał dość poetycko, więc zdecydowałam się ją przeczytać. Odkryłam opowieść o tym, jak to jest, gdy nie można znaleźć własnego miejsca, gdy ma się poczucie, że nigdzie się nie należy, która doskonale współgrała z wątpliwościami na temat życia i samych siebie, które chyba wszystkie nastolatki mają. Tę książkę najpierw wypożyczyłam z biblioteki, a potem kupiłam własny egzemplarz i jest ona jedyną, którą „uszkodziłam” pisząc po niej: srebrnym długopisem podkreśliłam cytat, który w tamtym czasie wyjaśnił mi świat i życie.

Barry B. Longyear – „Mój własny wróg”

Mini-powieść, na którą natrafiłam czytając „Nową Fantastykę”. Wciągająca historia ludzkiego pilota, który utknął na nieznanej planecie z obcym, z wrogiem. Opowieść o tym, jak tych dwoje buduje wzajemne relacje i musi współpracować by przetrwać jest niezwykle piękna. I muszę przyznać, że to jedna z nielicznych historii, przy których płakałam.

Dan Simmons – „Hyperion”

Tak naprawdę to nie chciałam przeczytać tej książki. Byłam pewna, że mi się nie spodoba, skoro oznaczona była jako „science-fiction”. Ale w dziale fantastyki w lokalnej bibliotece powoli zaczynało brakować fantasy, którego jeszcze nie czytałam (pomijając te tytuły, które nie wydawały mi się interesujące), a opis na okładce intrygował. Sześciu pielgrzymów, każdy z nich mający własną historię, podróżujących do miejsca, w którym przeżyć może tylko jeden z nich… Przyznaję, że kiedy czytałam powieść po raz pierwszy, ominęłam opowieści niektórych pielgrzymów, ale nie potrafiłam tak po prostu odłożyć książki. A później pozornie niezwiązane historie pielgrzymów zaczęły się zazębiać, zmuszając mnie do powrotu do ominiętych historii. Przeczytałam tę książkę (i jej kontynuacje) wiele razy, za każdym czerpiąc coraz większą przyjemność z lektury.

Kilka lat zajęło mi zdobycie mojego własnego egzemplarza (w tamtych czasach nakład był wyczerpany i książki szukało wiele osób) i nie udałoby mi się to bez pomocy przyjaciela, który w tajemnicy kupił ją dla mnie i sprezentował mi na urodziny. Teraz posiadam też egzemplarz nowego, pięknego wydania „Hyperiona”, który – co zabawne – również dostałam na urodziny (a moja przyjaciółka napisała w dedykacji, że „życzy mi, bym kiedyś napisała taką książkę jak ta”), ale wciąż nie mogę się zdobyć na przekazanie starego wydania bibliotece.

I… to już wszystko!

Nie, właściwie to nie. Mogłabym pewnie jeszcze dodać z tuzin (wspominałam już o niemieckich romansach mojej babci?), ale starałam się wybrać te, które najbardziej się wyróżniały. Można powiedzieć, że moje kamienie milowe. Widać, jak wraz z upływem lat skupiam się coraz bardziej na fantastyce – i przez ostatnie 15 lat to właśnie jej czytałam najwięcej.

Przyjemnie było spojrzeć wstecz i muszę przyznać, że chętnie przeczytałabym te wszystkie książki – nawet, jeśli to nie literatura z najwyższej półki, to na pewno – z półki moich wspomnień.

Dodaj komentarz