Z życia miłośniczki książek

by Jules Morgan, via Flickr
by Jules Morgan, via Flickr

Pamiętam dzień, w którym wyjeżdżałam do Irlandii „prawdopodobnie na rok, może na zawsze”. Ponieważ leciałam samolotem, waga mojego bagażu była ograniczona i mogłam zabrać ze sobą tylko cztery książki. Dwie z nich były słownikami: polsko-angielskim i angielsko-polskim, gdyż miałam przeczucie, że mogą się przydać. Dwie pozostałe były beletrystyką: jedną z nich już czytałam i uwielbiałam, druga była książką, której jeszcze nie znałam, ale miałam napisać jej recenzję. Tylko tyle: cztery książki.

Tylko rok później prowadziłam swój rower pod górkę, przewożąc w ten sposób pakunek: moją pierwszą półkę na książki. Była mała i niepozorna, ale przynajmniej mogłam samodzielnie dowieźć ją do domu i złożyć. W tamtych czasach miała już książek, ale wciąż wszystkie zmieściły się na półce, zostawiając nieco miejsca na pudełka z różnościami.

Moja przyjaciółka odwiedziła mi pewnego dnia i gdy spojrzała na moją półkę, natychmiast powiedziała „Joanno, jak ty dużo masz książek!” Zerknęłam na swój zbiór i uświadomiłam sobie, w jak różny sposób go postrzegałyśmy. Z mojego punktu widzenia miałam ich niezwykle mało, a na pewno nie tyle, by mówić o niech „dużo”. Bo ile? Może z trzydzieści?

Upłynęły kolejne dwa lata i kupiłam nową półkę na książki, również małą, bo myślałam, że to wystarczy. W końcu nie wiedziałam, jak długo jeszcze zostanę w Irlandii, a przeprowadzka z jednego mieszkania do drugiego była już dostatecznym problemem… Ale w nowym mieszkaniu była prześliczna, przeszklona witryna (uwielbiałam je, bo dzięki nim na książkach było mniej kurzu), więc natychmiast umieściłam w niej swój zbiór i powoli zaczęłam zapełniać miejsce, które zwolniło się na półkach.

Znów minęły dwa lata i stałam się właścicielką czytnika e-booków uroczyście obiecując sobie, że ograniczę liczbę drukowanych książek, które kupuję. Wizja kolejnej przeprowadzki była przerażająca i kiedy wreszcie stała rzeczywistością, nosiłam nieprzeliczone torby pełne książek. Nowe mieszkanie było dużo mniejsze i chociaż nie współdzieliłam go już, miałam mało miejsca na dodatkowe meble. Udało mi się zmieścić moje dwie niepozorne półki, które towarzyszyły mi przez lata i ustawiłam na nich tyle książek, ile tylko się dało. Znalazłam też odrobinę miejsca w sypialni, dokąd powędrowały wszystkie moje słowniki, ale wciąż nie miałam gdzie przechowywać książek.

Czas płynął i rozsądnie kupowałam mniej drukowanych książek, ale to nie znaczy, że nie kupowałam ich wcale. Układałam je więc w stosach na szczycie półek. Jedna tutaj, kolejna tam… Stosy niezauważalnie rosły. Aż pewnego dnia przyjrzałam się swoim półkom uważnie i uświadomiłam sobie, że drewno uginało się ledwo utrzymując ciężar. Wtedy zrozumiałam, że nadszedł czas. Wiedziałam, że nie mogę już myśleć o tymczasowych rozwiązaniach i potrzebuję porządnej półki.

Potrzeba było mojego partnera do udźwignięcia pakunku i taksówki, by przewieźć go do domu, ale gdy czarne deski łączyły się w całość, nie mogłam powstrzymać emocji. Spędziłam cały wieczór układając książki we właściwym porządku, grupując je w sposób, który najbardziej mi odpowiadał. Ponieważ mam teraz ponad 200 książek, zapełniłam całą półkę, a jedna ze starych również pozostała pełna, jednak zniknęły przynajmniej stosy z jej szczytu, wprowadzając do mojej biblioteki nieco porządku.

Wciąż zatrzymuję się na chwilę, gdy mijam tę półkę, patrząc na czarne drewno i równo ustawione książki. Wciąż uważam swój zbiór za mały, ale i tak książki cieszą moje oczy. Przypominają mi się słowa mojej przyjaciółki, która powiedziała: „Jedyne, co jest lepsze od kupowania książek, to kupowanie półki na książki.” Uśmiecham się. Przesuwam ręką po pięknych grzbietach. I wtedy cichy głos gdzieś wewnątrz mojej głowy szepcze:

Chcę jeszcze jedną.

Dodaj komentarz