Wspinaczka w Górach Literackich

Pamiętam jak mając dwadzieścia lat pierwszy raz pojechałam w Tatry, by się wspinać.

Oczywiście, bywałam już tam wcześniej, ale byłam wtedy zbyt młoda, żeby uważać góry za coś więcej niż tylko ładne otoczenie. Rodzice zabierali nas na spacery po malowniczym Zakopanem i po dolinach, które wyglądały na wykradzione wprost z powieści fantasy. Wciąż mogę przypomnieć sobie niektóre z widoków, konkretne miejsce, a nawet nastrój, choć minęło już ponad ćwierć wieku.

Tatry, Czerwone Wierchy - fot. Ryszard Zuchowski
Tatry, Czerwone Wierchy – fot. Ryszard Zuchowski

Ale dopiero dziesięć – albo trochę więcej – lat temu spakowałam plecak i wsiadłam do pociągu do Zakopanego wiedząc, że tym razem nie będę tylko podziwiać góry, ale spróbuję się na nie wspiąć. Czułam się nie tylko podekscytowana, ale i gotowa na podobne wyzwanie: może nie byłam atletką i należałam raczej do moli książkowych, niż miłośników fitnessu, ale mogłam spacerować godzinami i nie widziałam powodu, dla którego nie miałabym dotrzeć do samych wierzchołków gór.

Razem z przyjacielem zaczęliśmy od prostej trasy, mniej wymagającej od innych, które planowaliśmy przemierzyć. „Dobrej, żeby przyzwyczaić się do wędrówki i górskiego powietrza” – jak się dowiedziałam. Ruszyłam przodem, gdyż jako słabsza z nas dwojga miałam wyznaczać tempo.  Trasa nie wydawała się trudna, a ja poruszałam się we własnym tempie. Bez zbędnych opowieści: straciłam oddech po 30 minutach i, ku własnemu zaskoczeniu, czułam się wyczerpana. A z wyczerpaniem przyszło zwątpienie, czy w ogóle zdołam wspiąć się na najniższy ze szczytów, czy w ogóle dotrę dokądkolwiek. Mój przyjaciel powiedział mi wtedy: „Idziesz zbyt szybko. Zwolnij, oszczędzaj oddech i siły.”

Jak się pewnie domyślacie, nie potrafiłam się z tym zgodzić. Uważałam, że skoro wysokość i odległość pozostały takie same, nie powinno mieć znaczenia, czy poruszam się szybko, czy wolno. Zużyte siły byłyby takie same, a jedyną różnicą były czas… Ale skoro mogłam tylko albo poddać się i pozostać przy spacerach po dolinach, albo posłuchać rady towarzysza, zrobiłam tak, jak mówił.

Dzięki jego radzie, podczas dwutygodniowego pobytu w Zakopanem zdołałam dotrzeć do jednych z najpiękniejszych i najwyżej położonych miejsc w Tatrach. Wspomnienia tamtych dni są wciąż żywe: pełne zapierających dech piersiach widoków i… poczucia, że coś udało mi się osiągnąć.

Dzielę się tym osobistym doświadczeniem, ponieważ niedawno pomyślałam, że być może pisanie trochę przypomina wspinaczkę w górach: „szybko” nie zawsze jest najlepszym rozwiązaniem. Muszę tutaj przyznać, że ostatnio nie byłam zadowolona z ilości tekstu, jaki zdołałam napisać. Oczywiście, pisarska dyscyplina jest niezbędna, ale przygnębiało mnie, że nawet jeśli siadałam do pisania, w ostatecznym rozrachunku efekty nie były zadowalające. Co tydzień patrzyłam na liczbę napisanych znaków i mogłam ją nazwać co najwyżej „skromną”.

Wtedy właśnie przypomniałam sobie wydarzenie, którym podzieliłam się Wami powyżej i uświadomiłam sobie, że być może znów próbowałam gnać do szczytu. Że nie ma znaczenia, jak szybko się tam znajdę pod warunkiem, że wciąż się wspinam, że się nie poddaję. Być może potrwa dłużej, zanim dotrę do wierzchołka „powieści” czy „opowiadania”, ale kiedy już to zrobię, nie będzie mi towarzyszyło uczucie niezadowolenia i ulgi, że nareszcie koniec. Zamiast tego poczuję radość z podróży jaką odbyłam i satysfakcję.

Oczywiście, czasem gonią nas terminy, a dyscyplinę pisarską należy trenować, ale czasem wydaje mi się, że ważne jest, żeby spojrzeć na wszystko w nieco jaśniejszych barwach. Nie namawiam Was do szukania wymówek dla własnego lenistwa, a raczej zachęcam byście przestali ignorować własne postępy, jakiekolwiek by nie były. Bez pozytywnego podejścia prędzej zatrzymacie się w miejscu, pełni zwątpienia i zastanawiania się nad własnym pisaniem, niż dokończycie opowiadanie lub powieść, które zaczęliście, prawda? W końcu, jak inni mają Was wspierać, jeśli Wy nie wspieracie samych siebie?

Dodaj komentarz