5 pisarskich wspomnień

5MemPlKiedy myślę o sobie jako o pisarce, wracają do mnie tylko dobre wspomnienia. Pewnie, przytrafiły mi się i złe rzeczy, bolesne ukłucia listów odmownych i frustracja blokady pisarskiej, ale to nie one przychodzą na myśl, jakby nie były aż tak ważne. A kiedy skupiam się na jasnej stronie pisania, kilka wspomnień natychmiast przychodzi mi do głowy i właśnie nimi chcę się dzisiaj podzielić.

 

Komentarz do mojej powieści od pisarki, której utwory uwielbiam

Dawno temu, kiedy byłam jeszcze młoda i naiwna, po kilku latach pisania opowiadań podjęłam wreszcie próbę napisania powieści. Mój romans fantasy (tak, napisałam romans!) ledwo przekraczał minimalną liczbę znaków dla powieści, ale był zdecydowanie najdłuższym utworem, jaki w tamtych czasach skończyłam. Po kilku rundach redakcji i komentarzach beta-readerów, wysłałam ją do wydawców. Otrzymałam odpowiedzi odmowne, ale także email od pisarski, której twórczość uwielbiam. W tamtych czasach pisarka ta czytała propozycje wydawnicze i — jak wyjaśniła w emailu — rozpoznała moje nazwisko jako kogoś, kto pisywał recenzje książek tego wydawnictwa, więc zrobiła dla mnie wyjątek i zdecydowała się napisać komentarz zamiast wysłać standardową odpowiedź odmowną.

Nie muszę chyba mówić, że sporo się nauczyłam z tego jednego emaila, nie tylko o strukturze opowieści, ale i jak napisać konspekt. Ale tym, co nadal pamiętam mimo upływu tych wszystkich lat, jest zdanie, którym zakończyła swój list: „Jeśli jest Pani bardzo przywiązana do tego tekstu, radziłabym wszystko na spokojnie przemyśleć i spróbować go mocno przerobić. Ale może też Pani siąść do następnej książki, bo moim zdaniem powinna Pani dalej pisać.

Email pozostaje zagrzebany gdzieś w mojej skrzynce odbiorczej (chyba nie jestem typową fan-girl, jeśli go nawet sobie nie wydrukowałam), ale ilekroć mam gorszy dzień, przypominam sobie, jakie mam szczęście. Nie tylko dostałam komentarz od pisarki, której opowieści zarówno rozśmieszały mnie, jak i wzruszały do łez, i której styl podziwiam, ale też otrzymałam najlepszą zachętę do pracy jaką mogłam sobie wymarzyć.

Zrozumienie przyjaciół dla mojej pasji

Pisarze niekoniecznie są stworzeniami socjalnymi, ale kiedy jeszcze mieszkałam w Polsce, poznałam więcej niż kilku przyjaciół w Internecie oraz na konwentach i raz na jakiś czas wsiadaliśmy w pociąg, by spotkać się na kilka dni. Rodzina jednego z przyjaciół często wyjeżdżała, więc „zamiejscowym” zapewniał kąt do spania i spędzaliśmy czas grając w gry oraz rozmawiając o książkach i fandomie. Tak, wino i piwo też się znalazły. I mieszanki, których nie należy omawiać publicznie, a które wraz z upływem lat stały się w naszym kręgu legendą.

Podczas spotkań bawiłam się wspaniale, ale zdarzały się dni, kiedy bardziej miałam ochotę czytać, jak gdy jeden ze znajomych przywiózł dla mnie najnowszego Harry’ego Pottera (miałam zabrać książkę do domu i odesłać później, ale książkę skończyłam zanim minął weekend) lub pisać. Wciąż pamiętam to tłumne przyjęcie, gwar rozmów i śmiech, podczas gdy ja siedziałam w kącie, w szaleńczym tempie wypełniając kartki słowami, a każde z nich napisane było fioletowym atramentem. (Tak, wciąż jeszcze, kiedy piszę odręcznie, używam fioletowego atramentu.)

I wiecie, co zrobili moi przyjaciele? Zostawili mnie w spokoju. Poza przyjacielskimi zaczepkami, żartami i robieniem ukradkowych zdjęć, po prostu wcisnęli mi kieliszek wina w wolną rękę i po prostu pozwolili pisać. Jeśli cokolwiek mogło pokazać, na czym polega przyjaźń, to właśnie to.

I mimo, że nasze więzi rozluźniły się wraz z upływem czasu, gdy każdy utknął we własnym życiu, a ja przeniosłam się do Irlandii, to wspomnienie wciąż jest żywe. I wciąż doceniam, co wtedy zrobili. Przypominam też sobie o tym ilekroć moja inna przyjaciółka odwiedza mnie w Dublinie i kiedy mówię jej „muszę teraz popisać”, po prostu daje mi tę godzinę czy dwie, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie.

Moje opowiadanie w Nowej Fantastyce

Kiedy zaczynałam pisać, Nowa Fantastyka wydawała się nieosiągalnym szczytem. Nie miałam wielkiej nadziei, gdy wysyłałam tam opowiadanie, ale czekałam cierpliwie i gdy upłynął czas odpowiedzi, zadzwoniłam do redaktora-legendy, Macieja Parowskiego i zapytałam o swoje opowiadanie. Rozmowa była krótka, ale otrzymałam zapewnienie, że opowiadanie zostanie przeczytane.

Niedługo później dostałam email z odpowiedzią — przyjęciem tekstu do druku. Dzięki temu miałam szansę pracować z człowiekiem, który niejako uczył pisać pokolenia pisarzy fantastycznych. Opowiadanie było krótkie, więc nie było z nim wiele pracy, ale sugestie Macieja Parowskiego pomogły mi zrozumieć pewne aspekty rzemiosła, o których wcześniej nie myślałam. Nie jest tak, że stałam się lepszą pisarką, bo miałam okazję z nim pracować, ale jego redakcja pokazała mi, co mogę zrobić, by stać się lepsza.

Czytelniczka pamiętająca opowiadanie, które napisałam 15 lat temu

Kiedy napisałam o moich wrażeniach z Pyrkonu 2015, otrzymałam odpowiedź od osoby, której nigdy nie spotkałam i być może minęłyśmy się w Poznaniu, moim mieście rodzinnym, gdyż ona przyjechała po tym, jak ja już wyjechałam do Irlandii. Czytelniczka ta chciała skomentować mój post, ale zaczęła wiadomość od czegoś, co mnie zadziwiło: wspomniała moje opowiadanie, które napisałam 15 lat temu i powiedziała mi, że zainspirowało ją do zorganizowania LARPów.

Dla mnie — pisarski, spotkanie z kimś, kto pamięta opowiadanie napisane tak dawno temu i znalazł w nim inspirację, jest jednym z najprzyjemniejszych uczuć. Oznacza, że nie tylko ktoś przeczytał mój tekst, ale też opowieść miała na tę osobę pozytywny wpływ.

Dedykacja od przyjaciółki w mojej ulubionej książce

Moja przyjaciółka i ja zawsze dajemy sobie w prezencie książki. Nasze zbiory rozrastają się coraz bardziej i za każdym razem trudniej jest wybrać interesujący tytuł, ale wciąż nie mogę oprzeć się myśli, by podarować mojej przyjaciółce książkę. Częścią tradycji jest także wpisywanie dedykacji na pierwszej stronie i zawsze są one zabawne: notatki są czasem chaotyczne, pisane na ostatnią minutę (włączając w to sytuacje, gdy obdarowana osoba musi poczekać na napisanie dedykacji, zanim otrzyma prezent) i nie zawsze związane z samą książką. Czasem może to być zabawne skojarzenie z tytułem lub opowieść o trudnościach zdobycia tego konkretnego tomu, ale te dedykacje sprawiają, że prezent zawsze staje się dla mnie wyjątkowo osobisty. Mam wiele książek z takimi dedykacjami, ale wspomnienie jednej z nich zawsze do mnie wraca. Została napisana w przepięknym, twardo-okładkowym wydaniu „Hyperiona” Dana Simmonsa i pośród innych zdań znalazło się i to: „Życzę Ci, żebyś kiedyś napisała powieść tak dobrą jak ta.” Nie trzeba chyba mówić, że cudownie przeczytać takie życzenie w książce autora, którego uwielbiam.

5MemPl

Mam wiele więcej pozytywnych wspomnień. Każde opowiadanie przyjęte do publikacji, każdy czytelnik, który podzielił się ze mną wrażeniami z lektury, każdy moment, w którym udaje mi się wymyślić dobry zwrot akcji lub ciekawą postać. Mogłabym wymieniać je wszystkie, ale tych pięć jest prawdopodobnie najważniejsze. Chyba że zapomniałam o jakimś, ale jeśli wspomnienie się rozmyło, jak może być jednym z najważniejszych?

A Wy? Macie jakieś pozytywne wspomnienia związane z pisaniem?

Dodaj komentarz