Dlaczego nie kupię najnowszego bestsellera

Niedawno polskie portale fantastyczne zelektryzowała wiadomość, że Andrzej Sapkowski napisał kolejną książkę o świecie wiedźmina, której bohaterem jest sam Geralt. Wielu fanów (w tym i ja) dorastało z białowłosym zabójcą potworów, niecierpliwie czekało na każdą kolejną książkę w serii, cytowało niezliczone fragmenty i uważało cykl wiedźmiński za coś na kształt legendy. Pomijając spekulacje dotyczące powodu, dla którego autor powrócił do świata wiedźmina (choć przecież wielokrotnie zapewniał, że tego nie zrobi), nikt z nas nie wątpił, czy kupić książkę, czy nie – wszyscy wiedzieliśmy, że ją kupimy.

Przyznam się, że cieszyłam się na myśl o niej – nawet, jeśli nie byłaby taka, jak poprzednie, nawet, jeśli nie byłaby doskonała, chciałam ją kupić. Chciałam po prostu dostać kolejny kawałek legendy, która była częścią mojego życia, mojej młodości. Cóż, wygląda na to, że moja chęć zakupu wynikała z dość sentymentalnych powodów.

A jednak, jak tytuł oznajmia, nie kupię książki, która najprawdopodobniej zostanie bestsellerem. I to nie dlatego, że próbuję być „inna niż wszyscy” albo udowodnić, że nie podążam na ślepo za tłumem, o nie! Mogę szczerze przyznać, że gotowa byłam radośnie dołączyć do grona posiadaczy książki i w pewien sposób nawet smuci mnie to, że nie będę mogła.

A dlaczego?

Odpowiedź jest zwykle prosta: brak ebooka. Wydawnictwo przyznało otwarcie, że nie zamierzają wypuścić wersji elektronicznej w najbliższym czasie, co dla mnie oznacza, że nie dokonam zakupu. Mieszkam w Irlandii, co oznacza, że zdobycie papierowej wersji książki wymaga zapłacenia podwójnie (lub i potrójnie, jeśli książka jest ciężka), by została do mnie wysłana. Oznacza to też, że muszę czekać, aż uprzejmy pracownik pocztowy dostarczy mi przesyłkę.

Oczywiście ktoś mógłby stwierdzić, że to tylko drobne przeszkody i jeśli naprawdę zależałoby mi na książce, kupiłabym ją mimo wszystko. Jestem jednak człowiekiem, więc kiedy sentyment stoi w sprzeczności z moją własną wygodą, najczęściej  pozbędę się właśnie jego zamiast ograniczać własną wygodę. Oprócz tego jest wiele innych, równie lub nawet bardziej ekscytujących, które mogę zdobyć natychmiast, bez wysiłku i bez zastanawiania się, gdzie w małym, wynajętym mieszkaniu znajdę miejsce na kolejną książkę.

Współczesny świat gna do przodu i coraz częściej uświadamiamy sobie, że nie możemy za nim nadążyć. A już na pewno nie mamy czasu, by przystanąć i czekać na coś, skoro w ofercie znajduje się wiele innych tytułów. Nawet jeśli wydawca zdecyduje się w końcu na wydanie ebooka, prawdopodobnie sprzedaż będzie niska. Niecierpliwi będą już posiadaczami kopii papierowej, a inni… Inni, tacy jak ja, będą zbyt podekscytowani kolejnymi książkami, które właśnie zostały wydane i które możemy zdobyć w mgnieniu oka.

I być może za kilka lat, gdy będę przeglądać ofertę ulubionego sklepu z ebookami, natrafię na „Sezon Burz” Sapkowskiego i przypomnę sobie, że chciałam go przeczytać. Możliwe, że po prostu wrzucę książkę do schowka, „na później”, które okaże się kolejnymi kilkoma latami, gdyż pieniądze wydam na ebooki, które są dostępne wtedy, kiedy chcę je kupić. I w końcu nigdy nie kupię tej książki, jeśli sentyment nie zostanie ożywiony w jakiś sposób – być może kolejną książką.

Gdyż współcześnie, jeśli ktoś odmawia „bycia na czasie”, pozostanie w tyle – zapomniany.

3 myśli na temat “Dlaczego nie kupię najnowszego bestsellera”

    1. Czas, czas. Nie ma nic przyjemniejszego niż noszenie ze sobą 20 różnych książek – o wadze jednej (albo i mniej).
      Choć, jak widzisz, z e-dostępnością niektórych tytułów wcale nie jest tak różowo…

      1. Mam już czytnik. I mam Wiedźmina… jest żalowy 🙁 I teraz sama nie wiem, czy to ja byłam jakaś młodociana i niewybredna, jak czytałam sagę? Czy ta książka faktycznie jest dość słaba? Czy to żeglarskie fachowe zwroty mnie tak irytują? I wypisywanie menu knajpy na pół strony? A może to te wszystkie hoże dziewoje wskakujące wiedźminowi do łóżka? Pozostawmy te pytania bez odpowiedzi…

Dodaj komentarz