Wyznania książkoholiczki

2Kiedy spojrzałam na swoje wyzwanie Goodreads (tak, wciąż mam zaległości), uświadomiłam sobie, że w tym roku przeczytałam strasznie mało książek i zaczęłam się zastanawiać, dlaczego. Książki wciąż są moim ulubionym sposobem spędzania czasu, a lista „do przeczytania” nieustannie rośnie. A jednak, nie czytam tyle, co kiedyś.

Oczywiście w tym roku mój czas „po pracy” poświęciłam pisaniu i redakcji. Mogłabym też stwierdzić, że częściej relaksuję się przy grach komputerowych, filmach i pracach plastycznych, ale dlaczego wybieram je zamiast książek, skoro tak bardzo lubię czytać? Pytanie skłoniło mnie do refleksji i doszłam do wniosku, że nie czytam, bo… się boję.

A to dlatego, że nie tylko kocham czytać, ale jestem też beznadziejnie uzależniona od słów i kiedy otwieram książkę — jeśli nie jest to podczas dziesięciominutowego oczekiwania u lekarza lub w podobnym miejscu — czytanie natychmiast staje się priorytetem w stosunku do reszty mojego życia. Nie ma obowiązków, które byłyby ważniejsze, nie istnieje czas pójścia do spania, ani „tylko jeden rozdział”. Mogę wyłączyć grę albo przerwać prace plastyczne, kiedy naprawdę muszę zrobić coś innego, a jeśli nawet obejrzę cały film zamiast iść do łóżka, to nie okaże się nagle, że jest 5 nad ranem, a ja za dwie godziny muszę wstać. Natomiast w przypadku czytania książek już się to zdarzało.

W rezultacie, ze strachu przed zatraceniem się w lekturze i zaniedbaniem obowiązków oraz życia w ogóle, sięgam po książki tylko wtedy, kiedy jestem pewna, że nie będę musiała oderwać się od czytania. Jest też kwestia nałogowego pochłaniania książek, gdy skończenie jednej wymaga natychmiastowego rozpoczęcia kolejnej, ale może nie rozgrzebujmy tak głębokich poziomów mojego uzależnienia.

Dlatego tak bardzo lubię podróżować, czy to samolotem, czy pociągiem, ponieważ podróż oznacza kilka godzin czasu na czytanie, którego nic nie zakłóci (zwłaszcza teraz, gdy linie lotnicze niewymagają już wyłączania czytników na czas startu) i nie ma nic innego, co mogłabym w tym czasie robić, więc nie mam poczucia winy. Chociaż przyznaję, podczas lotów międzykontynentalnych zdarza mi się również zdrzemnąć..

2

Próbowałam czytać podczas przerw na lunch, żeby oczy odpoczęły od wpatrywania się w ekran i wpatrywały się zamiast tego w słowa na czytniku, ale godzina to po prostu za mało, a powrót do pracy (czasem w najciekawszym momencie!) naprawdę psuje mi humor. Jak każdemu książkoholikowi, który nie może strzelić sobie większej dawki literatury.

Weekendy są nieco bezpieczniejsze, ale zawsze jest coś do zrobienia, nie wspominając już o pisaniu i czytaniu, czy o obowiązkach domowych, bo w końcu komu potrzebne są czyste naczynia albo pusty kosz na śmieci? A wiem, że jeśli zacznę czytać, to nie zrobię nic dopóki jedno z dwóch się nie skończy: książka albo weekend.

Oczywiście głód książek w końcu przejmuje nade mną władzę i w rezultacie zaniedbuję wszystko tylko po to, by skończyć tę książkę, którą zamierzałam „poczytać tylko przez godzinę lub dwie”. A konsekwencje tylko przypominają mi, dlaczego wcześniej unikałam czytania.

Dlatego właśnie czytam dużo mniej niż bym chciała. A Wy? Udaje Wam się czytać książkę kawałeczek po kawałeczku i odrywać się od niej, kiedy to konieczne? A może macie jakieś sztuczki, które pozwalają Wam trzymać książkoholizm w ryzach, kiedy trzeba przerwać czytanie?

Dodaj komentarz