Miesiąc pisania – kwiecień

MoW-PLMam wrażenie, że dosłownie przed chwilą pisałam post marcowy, przygotowując się na wyzwania, które przyniesie kwiecień, a już nadszedł początek maja i rozmyślam o tym, jak zwariowany okazał się czwarty już miesiąc w wyzwaniu 365k Club, gotowa opowiedzieć Wam o tym, jak minął.

Być może pamiętacie, że zamierzałam odwiedzić Pyrkon (o samym konwencie możecie przeczytać w poście „Mała Melfka na wielkim Pyrkonie„) i spodziewałam się, że podróż przerwie mój pisarski rekord. Nie spodziewałam się, że życie zastawi na mnie pułapki już na samym początku miesiąca…

Zaczęło się od niezbyt poważnego zagrożenia, jakim była premiera wyczekiwanego przez wszystkich „Daredevila”. Być może pamiętacie, że „Agents of S.H.I.E.L.D.” nieźle mnie wciągnęli i spędziłam sporo czasu nałogowo oglądając pierwszy sezon w lutym. Jednak w dzień premiery obejrzałam zaledwie trzy odcinki, a potem wyłączyłam Netflix i zabrałam się za pisanie. W następne dni pisanie miało pierwszeństwo, żebym przygodami Daredevila mogła cieszyć się bez poczucia winy. I muszę przyznać, że choć seria niezwykle wciąga, wciąż jeszcze zostało mi do obejrzenia pół sezonu. Pisanie jest ważniejsze.

Następnie życie próbowało zaskoczyć mnie prymitywną pułapką, którą trudno było uznać za prawdziwe zagrożenie, kiedy wydane zostały „Pillars of Eternity”, a uprzejmy współpracownik podesłał mi linka do wyprzedaży, ale na tym etapie gry nie są w stanie oderwać mnie od pisania i mimo tego, że historia snuta w „Pillars of Eternity” bardzo mi się podoba, sama gra wciąż pozostaje na liście niedokończonych, a liczba napisanych słów wciąż rośnie.

Trzecia pułapka życia okazała się większym wyzwaniem, bo zaczaiła się na mnie w postaci wirusa i mogę z własnego doświadczenia potwierdzić, że próba pisania, gdy jedyne, co trzyma na nas na nogach to maksymalna dawka aspiryny, to zdecydowanie nie są wymarzone warunki dla pisarza i nagle napisanie tego tysiąca słów zajmowało mi nawet trzy lub cztery godziny.

A kiedy wreszcie uznałam, że jestem mniej więcej zdrowa, przyszła pora na pakowanie oraz lot do Polski i byłam przekonana, że Pyrkon w końcu mnie złamie. Co mogę powiedzieć? Powroty do domu o 4 nad ranem i poświęcenie kolejnych dwóch godzin na pisanie, aby o 10 wstać i wyruszyć na kolejny pełen atrakcji dzień festiwalu nie było czymś, co planowałam i kiedy leciałam z powrotem do Irlandii wiedziałam, że będę musiała długo odsypiać… ale nie przegapiłam żadnego dnia w kwietniu, za każdym razem osiągając cel 1000 słów dziennie i kończąc miesiąc z ponad 33 tysiącami napisanych słów.

1000AprilPL

Muszę przyznać, że podczas Pyrkonu byłam gotowa zrobić sobie przerwę, ale pisanie stało się nieodłączną częścią mojego dnia i nie potrafiłam po prostu przestać. Wzięcie kilku dni urlopu na konwent zaowocowało również kilkoma przeczytanymi książkami, gdyż pierwszym etapem „pakowania na podróż” było naładowanie czytnika i upewnienie się, że znajduje się na nim wystarczająca liczba ebooków. Niestety, wciąż nie mogę pochwalić się, że znalazłam czas na porządną redakcję, ale jakieś postępy są i kawałeczek po kawałeczku poprawiam swoje teksty.

100DaysPL

Kwiecień jest też miesiącem, w którym osiągnęłam kamień milowy 100 dni pisania bez przerwy i skoro nawet Pyrkon tego nie przerwał, będę celować w dwieście dni. Jednak zobaczmy, czy podobne odważne deklaracje przetrwają kolejny miesiąc, bo przecież to nawet jeszcze nie jest połowa wyzwania.


Ten post jest częścią serii „Miesiąc pisania” – comiesięcznego sprawozdania z mojego udziału w wyzwaniu 365k Club.

Dodaj komentarz